Dni Muzyki Nowej – Oko i ucho. Narcyz i echo

Czesław Romanowski, 05.01.2020 – Okiem i uchem Stałego Bywalca

Kuratorzy Dni Muzyki Nowej wiele razy dawali nam odczuć, że to pojęcie nie do końca określone, bardzo szerokie, obejmujące wiele składowych, mnóstwo niuansów, pól odniesień. Oferowali nam przedziwne i odświeżające (doświeżające?) mariaże muzyki z literaturą (przykładem projekt Artura Zagajewskiego – Staloocy), filmem (Nanook Of The North), czy nawet przyrodą (niezapomniany, spektakularny Elvin Flamingo i jego mrówki). Tym razem, z okazji dekady działalności festiwalu, na rozpoczęcie tej edycji zaproponowali specjalne wydarzenie, dźwiękowo-obrazowy performens „Oko i ucho. Narcyz i Echo” sióstr Małgorzaty i Doroty Walentynowicz, z których ta pierwsza od lat zajmuje się tematyką muzyki współczesnej, ta druga zaś „rzeźbi w obrazie”. Wrażenie robiło już samo teatrum, bo oto ujrzeliśmy ustawiony pośrodku Sali Suwnicowej swego rodzaju sarkofag, w którym – jak się wkrótce przekonaliśmy – umieszczony był fortepian z zamontowanym na nim systemem kamer. W sarkofagu onym – po krótkim muzycznym przywitaniu, w czasie gdy publiczność zajmowała swoje miejsca – zamknęła się ubrana na czerwono (nie mam pojęcia, czy kolor ów miał znaczenie w jej narracji) Małgorzata Walentynowicz. Jej poczynania (dłonie na klawiaturze, twarz) śledziliśmy już tylko dzięki owym kamerom, z których obraz wyświetlany był na czterech ekranach. Na ekranach tych, w przerwach pomiędzy kolejnymi kompozycjami (a były to utwory autorstwa Annesley Black, Pawła Hendricha, Ann Cleare, Matthew Shlomowitza i Julii Wolfe) pojawiała się warstwa słowna, skupiająca się na zjawisku echa i odbicia w lustrze. Na tym, jeżeli dobrze zrozumiałem i zapamiętałem, że o ile odbicie w lustrze pokazuje nam naszą twarz, daje nam swego rodzaju odpowiedź na pytanie jacy jesteśmy, to echo tej odpowiedzi nam nie udziela, bowiem jest tylko i jedynie powtórzeniem naszego pytania (to nawiązanie do greckiego mitu o pięknym Narcyzie i zakochanej w nim nimfie Echo, ukaranej przez Herę utratą własnego głosu). Z czasem ujrzeliśmy też inne obrazy: a to powitanie nowego, 2020, roku, a to wyścigi samochodowe, a to tragiczne informacje z gazet, a to leśną ścieżkę. Każdemu z nich towarzyszył motyw otwieranych drzwi (drzwi percepcji?). W końcu zobaczyliśmy nas samych – siedzących wokół sarkofagu widzów, nasze lustrzane – rejestrowane w czasie rzeczywistym – oblicza, co było doświadczeniem tyleż ciekawym, co dla wielu chyba niezbyt komfortowym. Ale przecież nie o komfort tu szło, a o współuczestnictwo, wydobycie nas z cienia, pokazanie, że jesteśmy jednym z elementów performensu. Na samym końcu znów ujrzeliśmy siebie, tyle że sprzed kilkudziesięciu minut, wchodzących dopiero na salę, jeszcze nieświadomych tego, co nas czeka. Zobaczyliśmy własne widzialne echo. Czy otrzymaliśmy odpowiedź?
Bardzo przemyślane było to widowisko; jego znaczeń z pewnością nie objąłem w całości. Muzycznie frapujący – fortepianowym strukturom (czy też antystrukturom) granym przez Małgorzatę Walentynowicz towarzyszyły elektroniczne, mechaniczne, dronowe partie, ona sama sięgała też poza klawiaturę, do wnętrza instrumentu, traktując jego struny przeróżnymi ustrojstwami. Oddzielenie artystki, która była od nas o kilka metrów, a jednak w jakimś sensie niedostępna, wręcz nierealna, wydzielana nam wizualnie jedynie fragmentarycznie, było ciekawym doświadczeniem. Także pod względem wizualnym spektakl to niezwykle sprawnie, wręcz perfekcyjnie zrealizowany – tu niskie ukłony w stronę Doroty Walentynowicz. Tak sprawnie, że już po jego zakończeniu wielu widzów z niedowierzaniem zaglądało za kurtynę sarkofagu, by przekonać się, że rzeczywiście stał tam instrument. I że wszystko w czym uczestniczyliśmy faktycznie odbywało się na żywo.
Czesław Romanowski